Wattpad
Może i tu mnie nie ma, bo nie ma od bardzo długiego czasu, ale jestem ma wattpadzie, gdzie ciągle publikuję.
Zapraszam.
Pozdrawiam.
https://www.wattpad.com/user/KamanaHayami
Rozdział X
Witam serdecznie.
Od dawna się zastanawiam, dlaczego akurat w okresie jesienno-zimowym jest najmniej czasu na pisanie. Zawsze tak jest, nie ważne jaki etap życia za mną lub przede mną, między październikiem a marcem jest taki dziwny okres przejściowy. To samo tyczy się czytelników, ubywa was. Nie będę już smęcić, weszliście na tego bloga w celu przeczytania rozdziału. Zapraszam serdecznie.
Rozdział zbetował.. nikt nie zbetował.
Rozdział X

Od dawna się zastanawiam, dlaczego akurat w okresie jesienno-zimowym jest najmniej czasu na pisanie. Zawsze tak jest, nie ważne jaki etap życia za mną lub przede mną, między październikiem a marcem jest taki dziwny okres przejściowy. To samo tyczy się czytelników, ubywa was. Nie będę już smęcić, weszliście na tego bloga w celu przeczytania rozdziału. Zapraszam serdecznie.
Rozdział zbetował.. nikt nie zbetował.
Rozdział X

Klucz do sukcesu spoczywa głęboko na dnie mej duszy. Właściwie nie jest to jakieś ważne, po prostu czuję się dobrze ze świadomością swojej wielkości. Bezsprzecznie mogę powiedzieć, że jestem jedyną osobą w dziejach, która może szczycić się swoim intelektem. Nikt nie posiada tak wielkiej wiedzy jak ja. Chyba nadanie mi imienia skromność, jest teraz priorytetem moich podwładnych. Jestem ciekaw jak Lucjusz Malfoy radzi sobie ze zbieraniem zwolenników Lorda Voldemorta. To ciężkie zadanie, przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie mówi teraz o moim poległym bycie. Ludzie boją się Harry'ego Pottera i to może zaważyć na ilości osób, które idą za mną. Już teraz jest to nie mała grupa ludzi. Patrząc perspektywicznie, mam jeszcze wiele do zrobienia, a to co czynię ma głębszy sens
Dzisiaj budzę się jednak jak nowonarodzony. Moje ciało jest luźne i wypoczęte, nie znam uczucia błogiego spełnienia, jednakże coś mówi mi, że tak powinien czuć się człowiek w tym stanie. Niechętnie przecieram oczy. Zamglony wzrok jest jeszcze jednym powodem, dla którego tak ciężko wstać mi z miękkiej pościeli. Obracam się na drugi bok. Pustka, którą zastaję, podrywa mnie z łóżka. Coś jest nie tak i muszę jak najszybciej sprawdzić, gdzie podziała się dziewczyna. Przecież to niemożliwe, żeby wyszła. Zaklęcie powinno działać, nie ma innej opcji. Testuję je od początku piątego roku nauki, nie mam prawa na pomyłkę. Nie mija sekunda a lokalizuję obiekt, którego mi brak. Przyglądam się uważnie, nie jest dobrze. Dziewczyna leży na podłodze w przedziwnej pozycji. Jej nogi leżą rozpostarte w moją stronę, a ręce z kolei zakrywają jej piersi. Jedna z rąk wygląda na złamaną. Nie przejmuję się jednak tym faktem, bardziej ciekawi mnie jej nagość. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co się wczoraj stało. Nie mam pojęcia co się dzieje. Podchodzę do niej i delikatnie stopą dotykam jej boku. Widzę ledwo dostrzegalną reakcje. Przeklinam pod nosem. To źle wróży dla mnie. Próbuję ją ocucić.
— Granger, wstawaj.
To na nic się zdaje. Siadam na kołdrze i staram sobie przypomnieć, co wczoraj się stało. Przecież nie cierpię na amnestię, nie jestem wprawdzie stary na tyle, proces nie ma miejsca w mojej psychice, ciele. Staram się przywrócić wszelakie wspomnienia z wczorajszego dnia, to na nic.
Dzisiaj budzę się jednak jak nowonarodzony. Moje ciało jest luźne i wypoczęte, nie znam uczucia błogiego spełnienia, jednakże coś mówi mi, że tak powinien czuć się człowiek w tym stanie. Niechętnie przecieram oczy. Zamglony wzrok jest jeszcze jednym powodem, dla którego tak ciężko wstać mi z miękkiej pościeli. Obracam się na drugi bok. Pustka, którą zastaję, podrywa mnie z łóżka. Coś jest nie tak i muszę jak najszybciej sprawdzić, gdzie podziała się dziewczyna. Przecież to niemożliwe, żeby wyszła. Zaklęcie powinno działać, nie ma innej opcji. Testuję je od początku piątego roku nauki, nie mam prawa na pomyłkę. Nie mija sekunda a lokalizuję obiekt, którego mi brak. Przyglądam się uważnie, nie jest dobrze. Dziewczyna leży na podłodze w przedziwnej pozycji. Jej nogi leżą rozpostarte w moją stronę, a ręce z kolei zakrywają jej piersi. Jedna z rąk wygląda na złamaną. Nie przejmuję się jednak tym faktem, bardziej ciekawi mnie jej nagość. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co się wczoraj stało. Nie mam pojęcia co się dzieje. Podchodzę do niej i delikatnie stopą dotykam jej boku. Widzę ledwo dostrzegalną reakcje. Przeklinam pod nosem. To źle wróży dla mnie. Próbuję ją ocucić.
— Granger, wstawaj.
To na nic się zdaje. Siadam na kołdrze i staram sobie przypomnieć, co wczoraj się stało. Przecież nie cierpię na amnestię, nie jestem wprawdzie stary na tyle, proces nie ma miejsca w mojej psychice, ciele. Staram się przywrócić wszelakie wspomnienia z wczorajszego dnia, to na nic.
— Granger! Do cholery! — warczę na dziewczynę, która nic nie robi sobie z moich dociekań. Kłębiące się myśli coraz bardziej przeszkadzają mi w normalnym funkcjonowaniu. Muszę się wyciszyć, doprowadzam się do stanu potencjalnej używalności. Siadam na łóżku i wyciszam się. Muszę, czy tego chcę czy nie trzeźwy osąd w tej sprawie jest mi potrzebny. Delikatnie się wysilam, a wspomnienia, jak przez mgłę, wracają do mojej głowy.
Jej alabastrowa skóra, którą dotykają moje ręce, to wszystko nie jest prawdą!
— Nie wierzę — szepczę do siebie.
Wszystko urywa się w przeciągu kilku sekund. Właśnie w tej chwili zdaję sobie sprawę z tego jakim potworem się staję. Czy to jest dobre? Czy to jest złe? Ciężko powiedzieć, ciężko ocenić na podstawie tej sytuacji mój stan na dzień dzisiejszy.
Wzdycham. Nie mogę jej tak zostawić, to wbrew planu, który potrzebuje realizacji. Nie poddaję się, to chyba proste i logiczne. Nie jestem typem człowieka, którego zniechęca jedna porażka a nawet kilka. Nie! O, nie! To właśnie ja stwarzam nowy świat, świat, który pozbywa się bohatera w postaci Harry’ego Pottera, a ta nędzna szlama musi żyć inaczej nie nazywam się Tom Marvolo Riddle, prawowity dziedzic Salazara Slytherina.
— Boli.
Cichy jęk wydobywa się z ust młodej kobiety. Od samego początku zdaję sobie sprawę, że Granger leci ze mną w jakąś grę. Niestety, nie ona ustala zasady, to ja jestem tutaj panem i władcą przeznaczenia, które na niej osiada.
— Ma boleć. — warczę w jej kierunku.
Tak, właśnie tak. Czy to nie jest piękne? Na podłodze leży zwykła plugawa dziewczyna, która nie zasługuje na moje towarzystwo, a jednak dalej oddycha i cieszy się moją obecnością. Na moich ustach pojawia się perfidny uśmiech.
— Boli. — jęczy.
Nie przejmuję się zbytnio dziewczyną, ktoś inny musi ocenić jej stan, ja sam nie jestem w stanie tego poprawnie określić. Właśnie ten błąd popełnia moje nieistniejące już ja. Lord Voldemort, bo takie imię nadane przeze mnie, rozkazuje służebnicy sprawdzić czy chłopak, wiadomo który, nie żyję. Ona, aby ratować swoją zdradziecką rodzinę, kłamię mi! Nie mówię tego Malfoyom, nie mają potrzeby znać wszystkich moich atutów. Tylko ja wiem o zdradzie, której dopuszcza się Narcyza Malfoy, żona Lucjusza Malfoya i matka Dracona Malfoya, tylko ja wiem, że ona umiera, chociaż jej synalek i mężuś żyją w przekonaniu, że z tego wyjdzie. To naprawdę smutne, żartuję. To śmieszne i niedopuszczalne. Kwestia niedopatrzenia i plan pada, nie tym razem.
— Na kwiatach skąpanych morskimi falami,
W agonii, gniją zielone, cienkie łodygi,
Martwe oko cyklonu idzie wytrwale,
Bezustannie zaznacza swą obecność,
Liście lecą na kolejną salwę wiatru,
Pąki padają pchnięte żelazną dłonią,
Zapach lasu ginie w stęchłej bryzie,
Trawy wypalone niebiańskim słońcem,
Drzewa osuwają się na grząska ziemie,
Jeszcze chwil kilka stoję na klifie,
W płuca wciągam tlen przeznaczenia,
Apokalipsa, bram trzynaście otworzyła,
Ostatnia, dobro świata chce oswoić,
Bać się rychłej, nędznej śmierci obawa,
Jutro przejdzie obok martwych ciał,
Drzew, traw, kwiatów i zwierząt,
Pogłaska nasze ubogie zwłoki,
Czas płynąć będzie cichym rytmem,
Kołatanie serc przeszkadza mu,
Kiedyś uśnie i on wiecznym snem,
Gdy jutro ostatni przejdzie marsz — śpiewa Granger, której żałosny głos obija się po pomieszczeniu.
— Skończyłaś? Mam ważniejsze sprawy na głowie niż twoje wieczne jęczenie, ruszaj się — warczę w jej kierunku i pokazuję jej drzwi.
Niechętnie siada, każdy ruch sprawia jej ogromny ból, a ja czekam na niego. Malujące się w jej oczach przerażenie, tylko wzmaga moją ciekawość. Tak, właśnie. Potrzeba jej medyka, to już nie moja broszka, nie znam się na tym, gdyż nigdy nie jest mi to potrzebne, ja nie posiadam choćby zadrapania, uwaga przede wszystkim.
Zauważam na środku pokoju lusterko. Jestem niezwykle ciekawy skąd tutaj kawałem szkła, na środku obskurnego pokoju z daleka od świata, gdzieś w dziczy, gdzie światło dnia dociera, gdy przechodzą burzowe chmury. I tak w kółko, raz jeszcze, ciągle.
— Niech zgadnę, to należy do ciebie? Dobra sztuczka, jednak niewystarczająca. Potem dostaniesz za to należyty ,,szacunek".
Nie mam zamiaru działać pod wpływem impulsu, za pierwszym razem nie wychodzi, to z każdym następnym jest tak samo. Jest zbyt cenna, nie mogę uszkodzić jej pamięci, czy aby ciała w tak drastyczny sposób jak mogę sobie pozwolić na innych ofiarach. Tutaj nie ma sensu robienie czegoś na siłę.
— Rada na przyszłość. Nigdy nie próbuj oszukać Lorda Voldemorta, bo twoje przyszłe istnienie jest zagrożone. Pomyśl o swoich przyjaciołach, szczególnie o tym rudym, młodym chłopaku, który zginął z moich rąk. Wszystko to gra, której poddasz się dobrowolnie, bo ja tak chcę.
Patrzę jak podnosi się na łokciach i patrzy swoimi bezwiednymi oczyma.
— Nie wierzę — szepczę do siebie.
Wszystko urywa się w przeciągu kilku sekund. Właśnie w tej chwili zdaję sobie sprawę z tego jakim potworem się staję. Czy to jest dobre? Czy to jest złe? Ciężko powiedzieć, ciężko ocenić na podstawie tej sytuacji mój stan na dzień dzisiejszy.
Wzdycham. Nie mogę jej tak zostawić, to wbrew planu, który potrzebuje realizacji. Nie poddaję się, to chyba proste i logiczne. Nie jestem typem człowieka, którego zniechęca jedna porażka a nawet kilka. Nie! O, nie! To właśnie ja stwarzam nowy świat, świat, który pozbywa się bohatera w postaci Harry’ego Pottera, a ta nędzna szlama musi żyć inaczej nie nazywam się Tom Marvolo Riddle, prawowity dziedzic Salazara Slytherina.
— Boli.
Cichy jęk wydobywa się z ust młodej kobiety. Od samego początku zdaję sobie sprawę, że Granger leci ze mną w jakąś grę. Niestety, nie ona ustala zasady, to ja jestem tutaj panem i władcą przeznaczenia, które na niej osiada.
— Ma boleć. — warczę w jej kierunku.
Tak, właśnie tak. Czy to nie jest piękne? Na podłodze leży zwykła plugawa dziewczyna, która nie zasługuje na moje towarzystwo, a jednak dalej oddycha i cieszy się moją obecnością. Na moich ustach pojawia się perfidny uśmiech.
— Boli. — jęczy.
Nie przejmuję się zbytnio dziewczyną, ktoś inny musi ocenić jej stan, ja sam nie jestem w stanie tego poprawnie określić. Właśnie ten błąd popełnia moje nieistniejące już ja. Lord Voldemort, bo takie imię nadane przeze mnie, rozkazuje służebnicy sprawdzić czy chłopak, wiadomo który, nie żyję. Ona, aby ratować swoją zdradziecką rodzinę, kłamię mi! Nie mówię tego Malfoyom, nie mają potrzeby znać wszystkich moich atutów. Tylko ja wiem o zdradzie, której dopuszcza się Narcyza Malfoy, żona Lucjusza Malfoya i matka Dracona Malfoya, tylko ja wiem, że ona umiera, chociaż jej synalek i mężuś żyją w przekonaniu, że z tego wyjdzie. To naprawdę smutne, żartuję. To śmieszne i niedopuszczalne. Kwestia niedopatrzenia i plan pada, nie tym razem.
— Na kwiatach skąpanych morskimi falami,
W agonii, gniją zielone, cienkie łodygi,
Martwe oko cyklonu idzie wytrwale,
Bezustannie zaznacza swą obecność,
Liście lecą na kolejną salwę wiatru,
Pąki padają pchnięte żelazną dłonią,
Zapach lasu ginie w stęchłej bryzie,
Trawy wypalone niebiańskim słońcem,
Drzewa osuwają się na grząska ziemie,
Jeszcze chwil kilka stoję na klifie,
W płuca wciągam tlen przeznaczenia,
Apokalipsa, bram trzynaście otworzyła,
Ostatnia, dobro świata chce oswoić,
Bać się rychłej, nędznej śmierci obawa,
Jutro przejdzie obok martwych ciał,
Drzew, traw, kwiatów i zwierząt,
Pogłaska nasze ubogie zwłoki,
Czas płynąć będzie cichym rytmem,
Kołatanie serc przeszkadza mu,
Kiedyś uśnie i on wiecznym snem,
Gdy jutro ostatni przejdzie marsz — śpiewa Granger, której żałosny głos obija się po pomieszczeniu.
— Skończyłaś? Mam ważniejsze sprawy na głowie niż twoje wieczne jęczenie, ruszaj się — warczę w jej kierunku i pokazuję jej drzwi.
Niechętnie siada, każdy ruch sprawia jej ogromny ból, a ja czekam na niego. Malujące się w jej oczach przerażenie, tylko wzmaga moją ciekawość. Tak, właśnie. Potrzeba jej medyka, to już nie moja broszka, nie znam się na tym, gdyż nigdy nie jest mi to potrzebne, ja nie posiadam choćby zadrapania, uwaga przede wszystkim.
Zauważam na środku pokoju lusterko. Jestem niezwykle ciekawy skąd tutaj kawałem szkła, na środku obskurnego pokoju z daleka od świata, gdzieś w dziczy, gdzie światło dnia dociera, gdy przechodzą burzowe chmury. I tak w kółko, raz jeszcze, ciągle.
— Niech zgadnę, to należy do ciebie? Dobra sztuczka, jednak niewystarczająca. Potem dostaniesz za to należyty ,,szacunek".
Nie mam zamiaru działać pod wpływem impulsu, za pierwszym razem nie wychodzi, to z każdym następnym jest tak samo. Jest zbyt cenna, nie mogę uszkodzić jej pamięci, czy aby ciała w tak drastyczny sposób jak mogę sobie pozwolić na innych ofiarach. Tutaj nie ma sensu robienie czegoś na siłę.
— Rada na przyszłość. Nigdy nie próbuj oszukać Lorda Voldemorta, bo twoje przyszłe istnienie jest zagrożone. Pomyśl o swoich przyjaciołach, szczególnie o tym rudym, młodym chłopaku, który zginął z moich rąk. Wszystko to gra, której poddasz się dobrowolnie, bo ja tak chcę.
Patrzę jak podnosi się na łokciach i patrzy swoimi bezwiednymi oczyma.
— Nie zabiłeś, nikogo.
— Myślisz się. A teraz milcz.
Spoglądam przez ramię na kobietę, która próbuje walczyć.
— Nie mów mi kim mam być ani kim się stać. Nie zamilknę, jeśli nie będzie ku temu potrzeby. Nie chcę być tobą, kimś kto poddaję się, czeka z utęsknieniem na okazję, aby powrócić. Nie chcę być popieprzonym zwyrodnialcem, którego porzuciła matką, a ojciec się go wyparł. Ja w porównaniu do ciebie, staram się zacząć normalne życie, gdzie nie ma twojej dyktatury. Jeszcze trochę, a ludzie zorientują się o twoim istnieniu, o twoim powrocie. Wtedy, a wiem, że tak się właśnie stanie, Harry znowu stanie do walki z tobą, aby po raz kolejny stawić ci czoła i pokonać cię jak równego z równy, bo ten chłopak już wie, że nie posiadasz jednego składnika, który łączy cały świat i właśnie przez to jesteś ubogi i ślepy, właśnie przez to przegrasz.
Dlaczego daję jej dokończyć? Wszystko co mówi jest niebywale denerwujące i sprawia, że czuję narastające w sobie gorąco. Pstrykając palcami, tak po prostu, pozbawiam ją przytomności. Ma za swoje.
Spoglądam przez ramię na kobietę, która próbuje walczyć.
— Nie mów mi kim mam być ani kim się stać. Nie zamilknę, jeśli nie będzie ku temu potrzeby. Nie chcę być tobą, kimś kto poddaję się, czeka z utęsknieniem na okazję, aby powrócić. Nie chcę być popieprzonym zwyrodnialcem, którego porzuciła matką, a ojciec się go wyparł. Ja w porównaniu do ciebie, staram się zacząć normalne życie, gdzie nie ma twojej dyktatury. Jeszcze trochę, a ludzie zorientują się o twoim istnieniu, o twoim powrocie. Wtedy, a wiem, że tak się właśnie stanie, Harry znowu stanie do walki z tobą, aby po raz kolejny stawić ci czoła i pokonać cię jak równego z równy, bo ten chłopak już wie, że nie posiadasz jednego składnika, który łączy cały świat i właśnie przez to jesteś ubogi i ślepy, właśnie przez to przegrasz.
Dlaczego daję jej dokończyć? Wszystko co mówi jest niebywale denerwujące i sprawia, że czuję narastające w sobie gorąco. Pstrykając palcami, tak po prostu, pozbawiam ją przytomności. Ma za swoje.
(***)
Budzi się po kilku godzinach. Zabawne jest to, że szuka mnie wzrokiem, mimo tego, że nie chce, to jednak robi to. Zabawni są ci ludzie, tacy głupi i bezużyteczni.
— Gdzie jesteśmy? — pyta.
Przywołuję na swoje usta coś na kształt uśmiechu.
— Tam, gdzie nie znajdzie nas nikt, szlamo. A teraz leż spokojnie, bo inaczej się wykrwawisz. Niedługo będziemy na miejscu, gdzie ktoś podobny do ciebie użyczy ci pomocy, a ja będę mógł na spokojnie kontynuować swoją misję. Jeden niepotrzebny ruch, a umrzesz razem z tym człowiekiem. Masz się zachowywać tak jakby prawie ci tu nie było. Rozumiemy się?
To jest właściwie pytanie retoryczne. Ona po prostu wie, że musi być grzeczna, inaczej skończy się to źle. Walczę jednak ze sobą, aby nie zabić tej istoty. Jest mi potrzebna, a jeśli jest to oznacza, że muszę o nią dbać, nie ważne jak bardzo źle to brzmi.
— Wody.
Niechętnie kieruję różdżkę na zbiornik z wodą i przekierowuję ją na otwarte usta młodej kobiety. Pije łapczywie, jakby nigdy przedtem nie wiedziała zwykłej, źródlanej wody.
Odwracam się, nie mogę patrzeć na takie szczegóły. Ważne jest co będzie.
— A teraz dalej.
Kiwa głową, widzę, że próbuję wstać jednak uciszam ją różdżką. Jednym machnięciem znowu lewituję w powietrzu i ciągnę ją za sobą. Jeszcze pół dnia i znalazłem tego medyka.
(***)
Co się dzieje, to się dzieję. To co jest, to jest. Krok za krokiem idę przed siebie, nie czując zmęczenia na swojej bladej skórze. Wiem, że każda sekunda przybliża mnie do celu. Mimo tego, że wstaję ranek, słońce nieśmiało wychyla się ku mnie, ja wiem — jestem blisko mojego przeznaczenia.
— Zabij mnie.
— Jeszcze nie teraz, jednak potem z przyjemnością spełnię twoją prośbę.
Miniaturka: Biały wiersz.
Witam.
Zdaję sobie sprawę z tego, że dawno mnie tutaj nie było. Przepraszam? Nie, to
nie jest zbyt dobre słowo aby określić swoje niepoprawne zachowanie. Rozdział
się piszę, tak, to dobre określenie. Nie będę kłamać. Mam dwie strony, jednakże
postanowiłam napisać coś co idzie mi ostatnio lepiej. Co to takiego? Białe
wiersze, aktualnie poczułam, że w tym jestem w stanie się spełniać. Pomijając
już wszystko, zapraszam was do przeczytania mojej twórczości z innej strony, ze
strony poety amatora. Oczywiście, jako, że to miniaturka (?) cały utwór
powiązany jest z pairingiem, którego ten blog dotyczy. Pozdrawiam serdecznie,
ktoś to jeszcze czyta?
Miniaturka: Biały wiersz.
Kochać to znaczy nienawidzić kogoś
bardziej od siebie,
Kochać to znaczy cierpieć w milczeniu za
kogoś,
Kochać to znaczy boleśnie myśleć o
drugim człowieku,
Kochać to znaczy popełnić indywidualne
samobójstwo.
Idę kroków kilka po zielonych
bezkresnych trawach,
Bosymi stopy dotykając kwiatów, które więdną,
Pan Życia, Pan Śmierci, nieśmiertelnie
zatopiony
W barwach swojego domu, który opuszcza
lada dzień.
Kochać to znaczy krzyczeć z bólu nad
własnym sercem,
Kochać to znaczy bezradnie patrzeć na
swoje blade dłonie,
Kochać to znaczy czuć obrzydzenie do
własnego ciała,
Kochać to znaczy nieustanna niepewność
do siebie.
Brąz oczu dziewczyny nie z tego świata
przysłania mój
Wzrok, czuję się zatracony w nieznanym
zażenowaniu,
Mimo władzy, mimo manipulacji, mimo nieskończoności,
Rozpacz przysłania zdrowy rozsądek,
upadam na dno.
Kochać to znaczy czuć strach w żyłach z
płynącą posoką,
Kochać to znaczy smutek głaskać jak jej
lśniące włosy,
Kochać to znaczy rozczarowywać się
własnym istnieniem,
Kochać to znaczy upokorzyć własne
jestestwo.
Zapatrzony w blask wschodzącego słońca
nad taflą wody,
Spłukuję swoje nędzne ciało kroplą toni
bezkresnej,
Marząc o jej rumianych policzkach w
zimnych dłoniach,
Zatracam się w bólu własnego znieważonego
ducha.
Kochać to znaczy być samotną mimo wielu
ludzi wokół,
Kochać to znaczy namiętność ciała, która
boli ciało,
Kochać to znaczy buntować się przeciwko
sobie,
Kochać to znaczy wściekać się na
wszystko, poza Nią.
Ból przysłania trzeźwe myślenie, które
opada na kraniec
Świata, odeszła tak szybko jak się
pojawiła, smutek to
Nie jest uczucie, które drąży dziury w
zimnym sercu bo
Rozpala kołatanie czułości i dobroci –
duszy.
Rozdział IX
Witam po raz kolejny.
Wiem, że była długa przerwa jednakże nic na to nie poradzę. Skupiłam się na nauce, głównie. Musiałam wziąć taki "nienapisany" urlop. Teraz wracam i obym miała siłę na wszystko co się tutaj kumuluję.
Rozdział zbetował Aleks.
Rozdział IX
Rozdział zbetował Aleks.
Rozdział IX
Problem, czy nie? Oto jest pytanie. Stojąc na grząskiej glebie, patrzę na swoje dłonie. Takie gładkie, blade, moje. Jestem, kim jestem. Dla jednych, którzy znają moje następstwo, zwykłą bestią zdolną do wszystkiego, dla drugich kimś, kto przychodzi znikąd i wprowadza zamęt, dla następnych jestem nic nieznaczącą postacią w dzisiejszym świecie. Mylą się, tak bardzo się mylą. Czarodziej, który przed nimi stoi łamie wszelkie możliwe prawa. Jestem tutaj, chociaż być nie powinienem. To taki wybryk natury? A może zrządzanie losu? Czy coś zupełnie innego? To zabawne, że dopiero patrząc na swoje ręce, przychodzą do mnie takie refleksje. Tutaj zaczynam studiowanie czarnej magii. Właśnie w tym miejscu zaczyna się nowy rozdział mojego dziwnego życia. Chociaż jestem jeszcze młody i niedoświadczony, to i tak pewny swego. Stawiam sobie zasadnicze pytania, aby uniknąć niepoprawnie skonstruowanych rozwiązań, tylko tu i teraz. Ja i moja nemezis, którą staje się Harry Potter. Dziecko, które żyje, chociaż dwie moje próby spełzają na niczym. Jak to mówię, do trzech razy sztuka. Tym razem wykorzystuję w pełni swój potencjał, którego jestem świadom.
Składam na szali swoje istnienie, swoje ludzkie ciało, swoją ludzką wiedzę, aby stać się nieśmiertelną jednostką zdolną do większych i lepszych celów. Egoistą jestem od zawsze i niech tak pozostanie do chwili, gdy uznam to za stosowne. Nie ma sensu zmieniać niepotrzebnie swoich przyzwyczajeń. Skonkretyzowany problem, który udaje mi się znaleźć w postaci chłopaka, zostanie rozwiązany czym prędzej. Chociaż czas odgrywa znaczącą rolę w tym marnym przedstawieniu, a ja robię za głównego aktora, nie zamierzam ściągać maski obojętności, którą zakładam za każdym razem, gdy to potrzebne. Odwracam wzrok od swojej kończyny. Rozglądam się po okolicy.
— Cudownie.
Jestem zaczarowany widokiem. Po raz drugi widzę liście większe niż dwie moje dłonie. Zawsze podoba mi się to, co wielkie i przeznaczone do wyższych celów. Nie ma mowy, żeby widzieć chmury, czy nawet niebo. Wszystko zatyka zielony klosz, który składa się z wielkich konarów drzew. Między nimi biegają zwierzęta, które zapewne szukają pokarmu dla swojego potomstwa. Uśmiecham się krzywo na ten widok. Nie powinno mnie obchodzić dlaczego to robią. Robią i tyle, większa ilość informacji tylko i wyłącznie przeszkadza logicznemu myśleniu. Nie mogę sobie pozwolić na takie wpadki, nie teraz. Widocznie raz popełniony błąd lubi się powtarzać. Próbuję nie dopuścić do siebie takiej możliwości. Chociaż na mej twarzy dalej widnieję ten krzywy grymas, nie zamierzam poprzestać, stojąc w tym miejscu jak słup soli, nie po to tutaj przybywam, aby podziwiać uroki przyrody. Czas obudzić się ze snu, Tom. Właśnie, czas na działanie nastaje teraz. Otwórz oczy. Otwieram jak zaczarowany jakimś przyjemnym dla mego ciała zaklęciem. Otwórz swój umysł, Riddle. Otwieram, czując w ustach niesmak własnego nazwiska, które ciąży mi jak niebezpieczny los, który dźwigam na swoich barkach. Gorzkie słowa, które słyszę we własnej głowię każą mi się obudzić z tego snu, który włada moim młodzieńczym ciałem. Tak zrobię.
— Wypuść mnie!
Cichy jęk roznosi się po puszczy. Przypominam sobie, że nie jestem tutaj sam. Cichutko podśmiechuję się pod nosem. Zwykła mugolska dziewczyna jest skazana na taką istotę jak ja. Teraz nie ma to wielkiego znaczenia — potem, a i owszem. To, kim jestem to na razie wersja wczesna, niedopracowana i wadliwa. Po wielu próbach, które zamierzam przeprowadzić, możliwe, że stanę się czymś mniej niż człowiekiem. Zbliżam się dzięki takim zabiegom do istoty nieśmiertelnej, idealnej i najlepszej, którą chcę zostać pod kres. Wieczny pan całego globu, który za nic będzie miał śmierć. Pokonuję ją na każdym kroku. Nawet jako nienarodzone dziecko przechytrzam przeznaczenie, rodzę się jako piękny noworodek, chociaż moja rodzicielka jest szkaradna, jak mglista deszczowa noc. Podczas trwania mojego zamknięcia w sierocińcu nie daje po sobie poznać, kim jestem, a przynajmniej kim przypuszczam, że jestem. Wszystko po to aby iść do szkoły magii i czarodziejstwa, aby poznać tajniki magii, zarówno tej dobrej jak i tej złej, gdzie znajduję swoje powołanie. Mój dom, którym zostaję Hogwart, na zawsze pozostanie w moim sercu. Chociaż bije normalnie, jak u wszystkich, to jestem świadom tego, że drastyczne różnice są miedzy nim, a sercem zwykłego człowieka. Moje wykonane z kamienia, niezdolne do odczuwania strachu, miłości. Twoje, chociaż nie wiesz, że o tobie mówię, nienawidzi, miłuje, słucha i pożąda. Ja polegam tylko na własnym rozumie, który wie więcej niż ten nędzny narząd. Dzięki temu osiągam lepsze rezultaty niż wszyscy. To właśnie tym jestem.
— Zostaw mnie, błagam…
Coraz ciszej i ciszej, jakby z tyłu głowy rozbiega się głos dziewczyny. Gaśnie między drzewami, krzewami, między mną samym. Nabieram powietrza do płuc; tak tu pięknie i rozkosznie. Pomijając oczywiście jeden aspekt całej podróży. Dziewczyna zaczyna mnie denerwować. Nie mogę nic z tym zrobić, przynajmniej taki był plan. Na jej osobie muszę nauczyć się wydobywać informację z potrzebnych mi osób, przetestować działania zaklęć, które mam w księgach i w głowię. Wszystko to, co chce zdziałać w najbliższym czasie, wiąże się z tą młodą dziewczyną. Niby nie powinna sprawiać problemów jednakże… jestem niesamowicie niepewny jej osoby.
Odwracam się niechętnie w jej stronę. Jej nędzne ciało leży w kałuży. Niedawno padał deszcz, więc jest tutaj wyjątkowo dużo błota. Krzywię się. Nie mam zamiaru jej dotykać, czuję niesamowite obrzydzenie, jak widzę tą niemoc w jej oczach. Ona nie wyrwie się stąd ani na sekundę, gdy ja w każdej chwili mogę pozbawić ją życia. Zabawne. Właśnie ona przyczynia się do mojego upadku, a teraz ja mam ją w garści. Los potrafi być przewrotny.
Dziewczyna obraca się w moją stronę. Jej brązowe oczy, otoczone gęstymi rzęsami, są całkowicie bez wyrazu. Tak szybko dała za wygraną? Zabawne, myślę, że to tylko gra, którą z resztą zamierzam wygrać. Nie mogę się jednak ociągać i patrzeć jak próbuje mnie podejść. Nie mam czasu na takie błahostki, chce iść dalej aby działać. Rąbek tajemnicy, który poznaje ta istota nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ona umiera, każdego dnia będzie coraz bliżej wyroku, który zapada w jednej chwili. Jej widok nad jeziorem sprawia, że coraz bardziej łaknę jej krwi. Samo wspomnienie przyprawia mnie o dreszcze na plecach. Taka szczęśliwa, taka zadowolona… gdzie podziała się ta dziewczyna z tamtej chwili? Leży, łapczywie łapiąc oddech w swe płuca, taka bezbronna, należy już do mnie. Cokolwiek będzie, ta szlama jest moja. Wykorzystuję ją według własnych potrzeb.
— Wstawaj. Nie mamy całego dnia na użalanie się nad tobą.
Zamierzam podejść do tego zupełnie naturalnie. Daję jej wolną rękę, niech chociaż na chwilę myśli, że wszystko będzie pięknie i ładnie. Wyzbywam się jej wolnej woli. Widzę, że chce, ale nie może. Mam zamiar poświęcić swój czas na jej uległość. Powoli nauka przynosi sukces, ona mi się nie oprze. Zło kusi i czuwa, dobro nie przychodzi, gdy czarne macki ciemności stoją na straży. Biedne, ludzkie dusze są plądrowane przez demony świata magicznego, w ten sposób powstają opętani lub, co gorsze, sam nie wiem, duchy, które nie mogą pójść dalej.
— Wody…
Jej bezczelność nie zna granic. Rzucam w jej kierunku manierkę. Zanim zdąży porwać ją z ziemi, podchodzę i kładę na butelce nogę. Źrenice dziewczyny powiększają się. Desperacja jest coraz większa.
— Oddaj mi…
Coraz bardziej przytłacza ją ta sytuacja. Wybucha jak wulkan, z którego dopiero zaczyna się tlić. Niedługo ma być gorzej.
— Zmuś mnie — szepczę.
Jej oczy przypominają mi wzrok wilkołaka. Chęć mordu jest w nich dominująca. Zwykłe, przestraszone i nieludzkie stworzenie nie jest w stanie panować nad swoimi instynktami, ona również. Dźwiga się na rękach, podnosi do góry. Wreszcie wstaje na miękkich nogach. Delikatnie, chwiejąc się na własnych kończynach, wykonuje ruch do przodu. Mój uśmiech się poszerza. Chodź bliżej, myślę. Jej kroki wskazują, że idzie w moim kierunku. Dziewczyna jedną ze swoich dłoni trzyma długą rękę. Możliwe, że kończyna jest złamana, jaka szkoda. Wygięta ręka pod dziwnym kątem nie wskazuje nic dobrego. Jeszcze lepiej, nie dość, że zmuszony jestem do przebywania z nią w takim warunkach to dodatkowo w takim stanie. Ból przysłania jej racjonalne myślenie. Nie jest zdolna do działania, które obejmuje cokolwiek innego, co nie jest mną. Jest już na tyle blisko, że muszę uchylić się przed jej zamachem. Małe dłonie zaciskane w pięści przelatują tuż obok mojej głowy. Cichy śmiech wydobywa się z moich ust. Granger jest widocznie osłabiona. Nie da rady wykonać więcej niż jednego zamachu. Ponawia próbę, uderza w moją stronę. Znowu ten sam scenariusz. Unikam ciosu. Dziewczyna, z braku jakiejkolwiek podpory, upada na ziemię. Zmęczona, ledwo kontaktująca, układa swe ręce pod głową. Myślę, że już się nie podniesie. Nogą trącam jej uszkodzoną rękę. Syczy z bólu. Mrużę oczy z zadowolenia.
— Nie wiesz co chcesz osiągnąć, szalamo. Nie uda się wykonać czegokolwiek, co będzie związane z ucieczką. Zawsze będę pilnował żeby cierpienie przysłoniło ci wszystkie wspomnienia, emocje czy uczucia. Zawsze będę cię widział, cokolwiek będziesz czynić. Nie kombinuj, nie warto umierać tak wcześnie. Jesteś przecież młoda. Czeka na ciebie twój chłoptaś. Prawda, Granger?
Przekręca głowę w moim kierunku. Pluje na moje buty. Czuje, że mięśnie mojej twarzy napinają się do granic możliwości. Mimo tego, że uśmiecham się, to mam ochotę sprawić aby jej oddech nigdy nie był słyszalny.
— Najbardziej nienawidzę takich ludzi jak ty! — krzyczy.
Nie mogę zostawić tego bez konsekwencji. Nie teraz, musi wiedzieć kto jest jej panem i władcą. Wyciągam różdżkę ze swojej szaty, która jest czarna jak sadza, która zdobi mury Śmiertelnego Nokturnu. Magiczny kawałek patyka mknie w górze prowadzony moimi palcami. Obracam go zwinnie i z wyczuciem. Wczuwam się w swoją różdżkę, w dar, który przelewa tak wiele krwi. Nie wypowiadam zaklęcia, magia niewerbalna jest znacznie przyjemniejsza, gdy twój przeciwnik nie spodziewa się czym oberwie. Dziewczyna leży teraz głową wbitą w ziemie. Jej oddech jest ledwo słyszalny.
— Locomotor!
Jej ciało momentalnie wiotczeje. Nie może umrzeć, to raczej nie będzie zbyt rozsądne z mojej strony. Nie mogę pozwolić na przedwczesną śmierć młodej kobiety. Tylko z żywego organizmu czerpię informację, martwe ma jeden mankament. Brak duszy w ciele delikwenta jest wyjątkowo nieznośny. Przenoszę ją w inne miejsce, które pamiętam z poprzedniej wizyty w Albanii. Niedaleko znajduje się pewna karczma, o której wiedzą tylko i wyłączenie czarodzieje. Właściciel tego baru jest zwykłym wieśniakiem, który nigdy nie praktykował magii w szkole. O ile jeszcze żyje, przypomniało mi się. Tak, ciągle zapominam o tym aspekcie. Od roku 1942 mija prawie sześćdziesiąt lat. Nauka czasu dla takiego kogoś jak ja jest niezwykle trudna. Chociaż nikt nie wymaga ode mnie takiej wiadomości to jednak czuję się z tym nieswojo. Ciężko uświadamiam ciało i umysł, że formalnie nie powinienem w ogóle być w tym miejscu, bo twoje wcielenie przegrywa ze zwykłym chłopakiem, który zabija cię w obronie wyższych wartości. Też coś, to tylko i wyłącznie kłamstwa, w które wierzą same proste umysły. Dla nich nie jest to skomplikowany proces działania. Wzdycham. Wracam na drogę, która prowadzi do baru. Mam nadzieję, że ta rudera jeszcze tam stoi. Ścieżka, na której się znajduje, jest niezwykle wąska. Pokaźnych rozmiaru drzewa rosną tak blisko, że trudno mi manipulować dziewczyną, o tym aspekcie.Wzdycham.
Idę przed siebie powoli, nigdzie mi się przecież nie śpieszy. Pośpiech jest złym doradcą doskonale zaplanowanych misji, jak moja. Nie mogę przecież biec jak szalony do tego miejsca, to nie przystoi takiej postaci jaką jestem. Krok za krokiem, coraz bliżej celu. Ciało dziewczyny wygląda na zdezelowane, całe szczęście to nie moja wina. Dzisiaj nie mam ochoty kłamać ani tłumaczyć się ze swoich własnych występków. Po chwili moim oczom ukazuje się szyld z napisem: Złoty jednorożec. Nareszcie! Czekam na ten moment od rana. Delikatnie przyśpieszam, a ciało dziewczyny mknie za mną. Zapominam na chwilę o niej, mój błąd. Przecież nie mogę od tak sobie wejść z nią, gdy ona leci za mną. Jest lato, żar leje się z nieba, a ja muszę założyć rękawiczki. Nie mogę dotykać jej nagiej skóry, gubię wtedy wszystko, a to wprowadza nieodwracalne zmiany w mojej natury. Teraz jestem tylko człowiekiem i jestem podatny na jej kobiecość.
— Cholera...
Przeklinam pod nosem. Zakładam rękawice z prawdziwej, smoczej skóry. Idealnie pasują do moich rąk. Dziewczyna delikatnie opada na moje wyciągnięte dłonie. Niosę ją daleko od siebie. Tak jest zdecydowanie lepiej. Docieram do drewnianych drzwi zajazdu. Są niezwykle zdezelowane, niszczy je deszcz, śnieg, słońce, a nawet poranna rosa. Obdrapana farba spoczywa tuż pod nimi, nie wygląda to za dobrze. Nie przejmuję się, nie ma tego złego, co by na dobre nie wychodziło. Jedną ręką trzymam Granger, zaś drugą pukam kołatką w kawałek spróchniałego drewna. Odsuwam się na bezpieczną odległość. Z daleka słyszę już kroki. Momentalnie drzwi otwierają się przede mną.
— Słucham?
W progu pojawia się postać mężczyzny w średnim wieku. Odziany jest w wyblakłą, czarną szatę. Na jego głowie spoczywa tiara, której lata świetności przemijają z dniem dzisiejszym. Przywołuję na swe usta pogodny uśmiech.
— Całe szczęście! Moja narzeczona strasznie źle się poczuła i zemdlała. Chcieliśmy wynająć pokój aby jak najszybciej doszła do siebie.
Właściciel patrzy na mnie intensywnie. Nie zamierzam dać za wygraną. Wiem, że i tak się zgodzi. Cena nie jest ważna.
— Tak? Nie jesteście za młodzi aby pojawiać się tutaj po upadku Tego, Którego Imienia nie Wolno Wymawiać? Nie powinniście świętować ze swoimi rodzinami? To dziwne, widząc tak młode osoby tutaj, interesujące.
Spuszczam głowę udając żal i zmartwienie.
— Gdyby oni żyli zapewne tak byśmy zrobili. Polegli w walce. Przepraszam, nie umiem jeszcze o tym mówić.
Śmiejąc się w duchu; kątem oka widzę zmieszanie człowieka na twarzy. Widocznie nie spodziewa się takich przeżyć po mnie, czy po niej. Kłamstwo pomogło tutaj doskonale, nie muszę ubiegać się do postępu. Pokazuję mu swoje smutne oczy. Niech wie, że smutek próbuje zjeść moją duszę, kolejna zagrywka.
— Tak, znam to. Przepraszam. Mam jeden wolny pokój, rozumiecie?
Patrzy znacząco na spoczywającą w moich ramionach dziewczynę. Delikatnie się uśmiecham.
— Oczywiście.
Niechętnie ustępuje mi miejsca. Moim oczom ukazuje się całe pomieszczenie. Tak, jak myślałem, strasznie obskurne miejsce. Nie mam jednak lepszej alternatywny i muszę zadowolić się takimi warunkami. Dziewczyna i tak daleko żyje, muszę sobie z nią jakoś poradzić, dopiero potem będę myślał — co dalej. Wchodzę do środka i rozglądam się po pomieszczeniu. Teraz dokładnie mogę je opisać. Niegdyś w ciemnych kolorach. Rozciąga się od góry do dołu całego pomieszczenia. Powoduje to niemiły dla nosa zapach. Niezwykle duszący i nieprzyjemny, mam wrażenie jakbym stał w jakieś szklarni. Stoły ustawione są po kątach, widocznie zachowują prywatność klientów. Patrząc na to miejsce mam wrażenie, że tylko ludzie, którzy mają coś na sumieniu, tutaj przychodzą. Nikt przy zdrowych zmysłach tutaj nie wchodzi, odrzuca go wszystko. Włącznie z tą głową jelenia nad barem. Mam wrażenie, że tam znajduję się cała kulminacja smrodu tej knajpy.
— Wejdź po schodach na górę. Następnie skręcisz w prawo. Staniesz przed drzwiami, które otworzyć. Ukaże ci się korytarz. Idź nim do samego końca. Za ostatnimi drzwiami znajdziesz wasz pokój. Jeśli chodzi o płatność…
— Nie ma problemu. Zapłacę z góry. — Uśmiecham się.
— Zależy ile chcecie tutaj zabawić.
— Na razie tydzień. Wszystko w jej rękach, musi wyzdrowieć. — Patrzę znacząco na dziewczynę.
— Tak, wy młodzi…
Mężczyzna odchodzi w stronę lady. Staje za nią i patrzy w moim kierunku wyczekująco. Widocznie jak najszybciej chce się mnie pozbyć. Wzruszam ramionami. Ciężar dziewczyny mi przeszkadza. Mam zamiar pozbyć się tego niepotrzebnego balastu. Wchodzenie po schodach sprawia mi trochę trudności, jednakże nie mogę jeszcze skorzystać z różdżki. Za wcześnie, przecież normalny człowiek nosi swojego ukochanego w ramionach. Chichoczę. Naprawdę, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to wszystko to jakaś wielka pomyłka.
— Już za chwilę nie będzie ci tak dobrze — szepczę do dziewczyny. Widzę jakiś znikomy ruch jej warg. Chyba mi się przewidziało.
Staję przed drzwiami, które delikatnie popycham wolną dłonią. Wreszcie znajduję się na korytarzu. Patrzę, czy nikt nie zamierza utrudnić mi tej chwili. Gdy słyszę za sobą trzask, momentalnie moje ręce opuszczają ciało dziewczyny na podłogę.
— Obudziłaś się. Zabawne, że zobaczyłem to w twoich oczach. Niewdzięczna jesteś. Myślę, że czeka cię bolesna kara. Pragniesz tego, prawda?
Słyszę ciche łkanie. A jednak, nie myliłem się. Ten ruch ust nie jest możliwy, gdy ofiara jest nieprzytomna. Spodziewam się, że teraz odniesie sromotną porażkę. Tylko ja i ona, jesteśmy z dwóch różnych światów, które nie mogą ze sobą współpracować. Pisana jest nam nienawiść, która jest siłą napędową naszych przekonań. Ból na jej twarzy sprawia, że mam ochotę się rozpłynąć. To przyjemne i zarazem ekscytujące rozkoszować się czyimś cierpieniem. Tak bardzo tego pragnę, tak bardzo.
— Zostaw mnie, proszę…
Cichy, prawie niesłyszalny dźwięk płynie z jej ust. Kucam nad jej ciałem, rękę kładę na jej głowie. Rękę owijam wokół kilku pasm włosów a następnie ciągnę do góry. Piszczy, wije się. Sprawiam jej niesamowitą przykrość. Czuję, że chce więcej, rodzi się we mnie coś, czego nie poznaję.
— Prosisz? Nie rozśmieszaj mnie. Wiesz, po co tu jesteś, wiesz, po co ja tutaj jestem. Zostałaś wybrana, jeśli mogę tak rzecz ująć, do czynienia wielkich rzeczy, które będą podstawą do większego dobra niż te, które zna Potter. Jesteś tylko zabawką w rękach takiego wielkiego czarodzieja, którym się stanę. Pomożesz mi w tym, czy tego chcesz, czy nie jesteś tutaj i masz robić wszystko, co ci każę. Chcesz żyć? Chcesz zobaczyć kiedykolwiek jeszcze swojego ukochanego? Zapewne jeszcze się nie zorientował, że zniknęłaś, a nawet jeśli to zapewne stwierdził, że szukasz własnych rodziców. Nie napiszę, bo nie wie gdzie wysłać do ciebie sowę. Możesz być wszędzie lub nigdzie. Jesteś tu sama, ze mną, z największym czarodziejem świata. Jak się z tym czujesz?
Jej zmęczona życiem twarz jest niezwykle piękna w swojej prostocie.
— Puść, to boli!
— Ból będzie jednym doradcą, który zaprowadzi nas do sukcesu. Jak się postarasz zacznie sprawiać ci przyjemność, a ja będę rozkoszował się twoim cierpieniem. Spijam go, jak wiedzę z książek, które tak wiele mogą mi powiedzieć. Wstawaj!
Podnoszę ją do pionu. Na chwiejących się nogach, z jedną ręką wygiętą pod nienaturalnym kątem, prowadzę ją do drzwi na końcu korytarza. Popycham ją na drzwi, które ledwo trzymają się na zawiasach. Ciężar ciała sprawił, że skrzypią niemiłosiernie.
— Nie krzycz, bo cię zabiję…
Opiera się na drewnianym wejściu. Widok jej nagiej szyi powoduję, że czuję jak po moim ciele przebiega dreszcz. Co to jest do cholery? To nie jest naturalne, wiem to doskonale. Chce się tego pozbyć.
— Nie rób mi krzywdy, tylko o to proszę.
Jej żałosne słowa sprawiają, że aż cały chodzę. Palcem przejeżdżam po odsłoniętym kawałku ciała. Mój dotyk sprawia, że zaczyna szybciej oddychać.
— Nie dotykaj!
— Nie zabronisz mi jeśli miłe ci wszystko co masz na tym świecie. Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę a jednak dalej próbujesz? Niegrzeczna dziewczynka.
Oblizuję lubieżnie wargi. Jeszcze raz doprowadzam ją do niesamowicie stymulującego stanu rzeczy. Wolną ręką szukam klamki, którą następnie naciskam. Granger wpada do środka i upada na podłogę. Muszę ją dopaść, pożreć. Tego właśnie w tej chwili najbardziej potrzebuję. Podnoszę ją z ziemi za splątane włosy. Łzy ciekną po jej policzkach, to jest taki piękny widok.
— Jesteś moją własnością, szlamo…
Przypierając ją do podłogi, przestaję myśleć racjonalnie. Nie potrafię odróżnić snu od jawy. Czuję się jak wampir, który dopadł właśnie swojej zdobyczy. Łaknę jej cierpienia, jak one łakną ludzkiej krwi. Istnieje tylko niewielka różnica, która sprawia, że jestem dalej człowiekiem, a nie kimś więcej. To właśnie pożądanie sprawia, że wszystkie pierwotne instynkty, które posiadam, budzą się we mnie do życia. Ta dziwka działa na mnie jak magnez, chcę robić jej krzywdę, nieważne w jaki sposób. Ona ponosi tylko konsekwencje, gdy ja czerpię z tego swoje zadowolenie. Jestem taki, a nie inny, takim stworzą natura człowieka. Powoli zdzieram z niej kawałki ubrania, które na sobie zostawiła. Drapię, szczypię jej małe piersi. Ma niezwykle wrażliwe sutki, które pod wpływem moich rąk twardnieją. Chce sprawić, że osiągnie szczyt tylko dzięki takiemu dotykowi. Nie pozna innego, umrze za nim przyjedzie po nią książę na białym koniu. To jest moja zdobycz, nie oddam jej nikomu.
Rozdział VIII
Witam!
Dziękuję serdecznie za odpowiedź na mój apel! Jestem bardzo zadowolona z was - moich czytelników. I ogłoszonko dodam.
Dobiliście do 2000 komentarzy i ponad 170000 wejść na bloga. Serdeczne dzięki! I na sam koniec zapraszam na rozdział.
Rozdział zbetowała Tomione.
Rozdział VIII
Dziękuję serdecznie za odpowiedź na mój apel! Jestem bardzo zadowolona z was - moich czytelników. I ogłoszonko dodam.
Dobiliście do 2000 komentarzy i ponad 170000 wejść na bloga. Serdeczne dzięki! I na sam koniec zapraszam na rozdział.
Rozdział zbetowała Tomione.
Rozdział VIII
Pierwsze promienie słońca wpadają do pokoju. Zakrywam oczy, blask o poranku oślepia, sprawia, że nie mogę zebrać myśli. Tak, nienawidzę takich nie idealnych dni.
Powoli wstaję. Nie jest to łatwe, zważywszy na moje nocne urojenia. Ostatnio, chociaż wcale tego nie chcę, w snach pojawia się młoda kobieta. Jest brzydka, przyodziana w łachmany. Wygląda jakby pochłaniała ją śmierć. Powoli, od środka, zjada jej wnętrzności. Następnie wychodzi na zewnątrz, aby pokazać jej nagie kości. Jej brzydota ginie dzięki głodnej, czarnej śmierci. Tak, właśnie tak. Nie jestem przerażony, raczej zaskoczony. Nie wiem kim jest dla mnie, nie wiem czy w ogóle istnieje, a jednak pojawia się w tych marach.
Dźwigam swe blade ciało do góry. Chwiejąc się na nogach, podchodzę do komody. Opieram się o nią. Nie jestem pewny czy mogę dzisiaj ruszać w podróż pamiętając, że mam w rękach broń doskonałą — przyjaciółkę Harry'ego Pottera, Hermionę Granger. Mimowolnie na mych ustach pojawia się uśmiech. Przypominam sobie wczorajszy dzień. Zachwyt miesza się z adrenaliną, która prowokuje do działania. Nie poddam się, jestem w końcu kimś wielkim i robię wiele dla swej przyszłości.
Nie zauważam jednak, że moje dłonie zaciskają się na komodzie. Dopiero ból zmusza mnie do popatrzenia na własne ręce. Na opuszkach palców pojawia się czerwona ciecz. Krzywię się na ten widok. Na czarną komodę spadają kropelki krwi. Rozbryzgują się po blacie, tworząc mozaikę. Chociaż widok krwi mnie nie zachwyca, teraz jestem oczarowany tą sytuacją. Unoszę dłoń do ust, moje wargi dotykają przeciętych miejsc. Smakuję metalicznego napoju wampirów. W mojej głowie rodzi się jakaś nienaturalna żądza krwi. To jest niespotykane, dziwne i zupełnie odmienne od moich stałych punktów życia porannego.
Powoli, niechętnie, rozchylam swe wargi, aby pozbyć się tego smaku. Zahaczam jeszcze o jeden palec — chęć i łakomstwo przyprawiają mnie o ból głowy.
Stoję w miejscu, patrząc na swe odbicie. Lustro, które wisi nad meblem jest dzisiaj dla mnie jak kubeł zimnej wody. Odwracam swój wzrok. Szukam zegara, zawsze zapominam, na której ścianie wisi. Gdy moje oczy zauważają wskazówki, przeżywam pierwszy szok.
Jest dopiero piąta rano. Za wcześnie na wszystko. Zrezygnowany wracam do łóżka. Nie mam pojęcia, co robić tak wcześnie. Z drugiej strony jestem wypoczęty i gotowy do działania. Późniejsza podróż zbiera ze mnie żniwo, na samą myśl czuję zmęczenie i radość. Te skrajne emocję przepełniają mnie od stóp aż po głowę.
Zegar tyka, ten dźwięk powoduje u mnie odrętwienie ciała. Czuję się martwy, taki bez życia. Bezczynność mnie dołuje, jestem słaby, a mój umysł się cofa. Wszystko trwa do momentu kulminacyjnego. Wstaję z łóżka jakby ktoś przypalał moje ciało niewidocznym ogniem.
Idę do łazienki, myję swą twarz. Powoli nabiera kolorów. Mimo tego, że jestem blady, z podniecenia na moich policzkach pojawiają się wypieki. Zapominam o bibliotece, właśnie tam chcę się udać. Rażony swoim cudownym pomysłem, przyodziewam na siebie czarną szatę i wychodzę na korytarz.
Ta część domu jest wyjątkowo ciemna. Nie ma tu żadnych okien, a pochodnie przy drzwiach dają tylko pozorne światło. Większa część przejścia do schodów jest skąpana nocą, mimo tego, że słońce dopiero pojawiło się na horyzoncie. Pewnym krokiem przemierzam odcinek, który przybliża mnie do celu. Docieram do schodów, stopnie prowadzą mnie w dół. Idę powoli, nigdzie mi się nie śpieszy.
Biblioteka znajduje się na parterze posiadłości. Jest ogromna, a księgi, które posiadają Malfoyowie są niezwykle interesujące. Pierwszy raz widzę taki zbiór dzieł. Zabieram ze sobą kilka tytułów, które będą mi najbardziej potrzebne.
Dochodzę do ogromnych drzwi. Wyciągam swoją różdżkę i delikatnie dotykam wrót. Jedno pęknięcie wystarczyło i już stoję przed wielkim regałem.
Biblioteka Malfoyów jest stanowczo większa od tej w Hogwarcie. Wliczając, oczywiście, dział ksiąg zakazanych. Wielkie stosy książek leżą przy okrągłym stole na środku pomieszczenia. Wokół niego są same półki z opasłymi tomiszczami. Co jakiś czas jeden z tytułów leci na swoje miejsce. Uwielbiam magię, jestem cząstką świata czarodziejów. Swoim istnieniem potwierdzam tylko jedno - swoją wyjątkowość.
Ostrożnie przechadzam się pomiędzy regałami. Wydaje mi się, że wszystko pnie się w górę z każdym moim krokiem. Skręcam w jedną z alejek. Chyba tutaj stoi odpowiedni tytuł z zakresu eliksirów.
„Eliksiry śmierci” są mi niezwykle potrzebne. Jeśli mam się doskonalić, to w każdej, możliwej dziedzinie. Czarna magia opiera się bowiem na wielu innych działach magii. Nauczę się wszystkiego, co potrzebne, aby osiągnąć sukces.
Książka ma zieloną okładkę, na której znajduje się kociołek. Wygląda jak mugolski elementarz, który leży w sierocińcu... nie, już go tam nie ma. Zapominam czasem, że minęło ponad pół wieku i możliwe, że ten budynek przestał istnieć.
Chwytam w dłonie książkę i wracam do stolika. Kładę ją na stół i wracam do dalszej podróży.
Biblioteka składa się z trzech części. Po prawej stronie znajdują się książki naukowe, te potrzebne do nauki wiedzy, którą przyswaja się w szkole. W dwóch słowach — wiedza podstawowa. Po lewej stronie znajdują się książki, które czyta się dla zabicia czasu. Mówiąc prościej — nic ciekawego. Na samym środku jest część, która najbardziej mnie interesuje. Wszystkie tomy wykraczają poza wiedzę ogólną. To właśnie ich potrzebuję. To dzięki nim jestem w stanie dojść do czegoś lepszego, większego i jednocześnie strasznego. Małymi kroczkami posuwam się do przodu, by w ostateczności osiągnąć sukces. Wszystko jest jeszcze w fazie początkowej, jednakże za kilka lat będzie już skończone.
Kieruję się naprzód. Zbieram po kolei wszystkie dzieła, które mogą dać mi nowe doświadczenia, nową wiedzę. Takie dzieła jak „Zaklęcia niewybaczalne i ich zastosowanie”, „Okumencja i legilimencja”, „Czarnoksięskie przedmioty i ich właściwości” i wiele podobnych kładę na stół. Stos rośnie z minuty na minutę. Zmęczony padam na krzesło, które stoi na samym środku. Do złudzenia przypomina to jakiś proces. Brakuje tylko sędziów, którzy skażą mnie na śmierć. Uśmiecham się na samą myśl o tym.
Tak wcześnie zaczął się ten dzień. Od samego rana staram się zawładnąć swoim umysłem i w końcu kieruję go na właściwy tor. Zostało jeszcze pakowanie. Macham różdżką nad księgami, które unoszą się w powietrzu. Manewrując nią, idę do przodu, a tomy lecą za mną.
Przechadzam się po posiadłości. Długie korytarze ciągną się w nieskończoność. Dochodzę w końcu do jadalni, którą skrzaty przygotowują do posiłku. Zasiadam na krześle, które jest przy samym wyjściu. Książki lewitują nad moją głową, zataczając koła. Czekam aż wreszcie zjawią się gospodarze.
— Witam, Tom.
W drzwiach pojawia się Dracon. Delikatnie podnoszę się z miejsca i kiwam głową w stronę chłopaka. Tak samo postępuję jak przychodzi Lucjusz wraz z małżonką. Oboje zasiedli na górze stołu i popatrzyli na skrzaty domowe.
— Śniadanie. — powiedziała cicho pani Malfoy.
Zastawa wleciała przez otwarte drzwi na korytarz. Talerze, szklanki, sztućce, miski. Wszystko powoli zapełnia stół, który pod ich ciężarem ugina się. Posiłek się zaczyna, gdy pan Malfoy bierze widelec w dłoń. Teraz i ja mogę skonsumować.
Czas leci dzisiaj stanowczo za wolno. Mam ochotę już jechać, jak najdalej i najszybciej. Całe szczęście, że podczas jednych wakacji udało mi się dotrzeć do Albanii. Lasy w tym rejonie świata są niezwykle gęste i ciepłe. Mam ochotę, a nawet może i pragnienie już się tam znaleźć. Iść tylko po dziewczynę i zabrać ją ze sobą — to moje zadanie. Jestem ciekawy czy zaklęcie Imperiusa osłabia się. Mimo tego, że nie stosuję go za często, to jednak uważam, iż jest doprowadzone do perfekcji. Śmieję się cicho, nie chcę, aby ktokolwiek zauważył zmianę na mojej twarzy.
— Tom, czy wiesz już, kiedy wyjeżdżasz?
Pan domu kończy jedzenie i patrzy na mnie wyczekująco. Przełykam ostatni kęs jajka sadzonego i odpowiadam.
— Jak najszybciej. Czas gra tutaj ogromną rolę.
Patrzę na mężczyznę w średnim wieku. Mruga kilkakrotnie i splata swoje dłonie.
— Tak, rozumiem. Czy czegoś ci jeszcze potrzeba?
Zamyślam się. Przecież wszystko jest już ustalone. Czyżby Lucjusz nie pamiętał o tym?
— Środki, które potrzebne są do przetrwania.
Nienawidzę prosić i nigdy się do tego nie posunę. Takie zachowanie nie leży w mojej naturze, staram się tego uniknąć jak ognia. Czym prędzej wstaję.
— Pójdę do dziewczyny.
— Draco, pójdź z Tomem do tej szlamy.
Narcyza skinęła na swojego syna, który podchodzi do mnie powolnym krokiem.
— Dziękuję, pani Malfoy.
Kolejny raz skłaniam się przed kobietą, a następnie wychodzę z jadalni.
Chłopak po mojej prawej stronie idzie cicho, boi się własnego cienia. Zachowuje się jak jego własny ojciec — tchórz i oszust. Zamykam oczy i proszę o pomstę do nieba. Tak, nie jestem zachwycony jego towarzystwem. Jego blond włosy falują na każdym kroku. Wygląda jak porcelanowa lalka, którą można uszkodzić samym patrzeniem na nią. Taki właśnie jest syn Malfoyów. Delikatnie podnosi głowę do góry i patrzy w moim kierunku.
— Jesteś zapewne zadowolony ze swojego planu?
Aż mnie dłonie świerzbią. Powstrzymuję się, wszystko dla mojego własnego dobra. Nie mogę przecież od tak sobie podejść i uderzyć go w twarz, to mi nie przystoi.
— Tak, bardzo.
Na całe jego szczęście wchodzimy do lochów. Schodzenie kilka pięter w dół spowodowało, że powietrze stało się wilgotne i niesamowicie gęste. Czuję się tak, jakbym stał po środku lasu równikowego. Nabieram w płuca gazu, w moim brzuchu robi się nieprzyjemnie ciasno. To zły znak, na pewno.
— To tutaj. Zostawię cię.
Chłopak odchodzi. Wzdycham. Jestem tuż przed celą dziewczyny. Widzę jej poplątane włosy, które opadają jej na ramiona. Widocznie śpi, gdyż jej oddech jest miarowy. Twarz ma ubrudzoną błotem, które pomieszało się ze łzami. Fascynujący widok. Myślę, że zaklęcie Imperiusa nie jest w stanie zapanować nad całym ciałem. Takie reakcje jak płacz, smutek czy cierpienie zawsze są odczuwane, nawet jeśli narzucam na kogoś swoją własną wolę.
Budzi się. Widzę jak jej oczy błyszczą w blasku pochodni, która zawieszona jest nad wejściem do jej celi. Rozgląda się po pomieszczeniu, przerażenie przejmuje wodzę nad ciałem. Gdzie jest, czym się staje? Nie wie przecież, że jest częścią czegoś wielkiego, czegoś, co sam zaczynam i doprowadzam do końca. Tak, wszystko idzie jak po maśle.
Dziewczyna zauważa moją obecność. Jej źrenice rozszerzają się, a na mych ustach pojawia się delikatny uśmiech. W myślach uderzam jej głową o posadzkę i patrzę jak posoka wypływa na posadzkę.
— Nie możesz, Tom — słyszę to w myślach, jestem tego świadom. Nie mogę, inaczej plan spali na panewce. Chcę, lecz nie mogę. Niemoc jest uczuciem, którego nie chcę znać. Zazwyczaj robię wszystko, na co mam ochotę. Tym razem powstrzymuję swój instynkt. Czyste zło, które przepełnia mnie całego, tłumię w swojej głowie. Nie mogę, tego nie mogę. Krzywda przyczyni się tylko do niepowodzenia, na które nie mogą sobie pozwolić. Widzę, więc jestem, myślę, więc moje istnienie zdziała wiele. Dążę do celu bez względu na cenę, wiem, że wiele osób przypłaci to życiem. Jestem gotowy na takie poświęcenie.
— Obudziłaś się, cudownie — szepczę.
Nie jestem pewny, co zaraz nastąpi. Czy ona pamięta wczorajszy dzień? Możliwe, że wszystkie negatywne emocje, które opanowują jej ciało i umysł, uniemożliwiają trzeźwe myślenie. Jej przeraźliwie puste oczy zwracają się w moim kierunku. Już teraz wiem, że jest zagubiona w tym świecie. Świat czarodziei nie jest dla niej stworzony, ona czuje się tu obco. Jest mugolaczką, która nie powinna pobierać nauk w Hogwarcie.
— Ja…
Nie dam jej skończyć, nie ma po co. Nic dla mnie nie znaczy. Pomijając wczorajszy incydent, który był zwykłą słabością i nie powinien mieć miejsca, jestem przygotowany na dalsze wydobywanie informacji z dziewczyny.
— Ty? Ty nic nie znaczysz. Jesteś tylko zabawką w moich rękach i niezwykle cenną przyjaciółką Pottera. Twoje życie zakończy się, gdy twój ukochany przyjaciel umrze. Wtedy ja przejmę władzę nad ludzkimi umysłami, a świat zostanie oczyszczony ze wszelakich szlam. Nikt, a tym bardziej ty, nie będzie miał wstępu do naszego świata. Jesteś tylko pomyłką, którą Albus Dumbledore popełnił, jak wszyscy czarodzieje, którzy wiążą się z mugolami i płodzą dzieci półkrwi. Jesteś niczym.
Jej twarz przybiera coraz bledszej barwy. Jestem zadowolony z tego efektu. Zastraszenie jej jest przyjemne i dodatkowo motywuje mnie do działania. Im bliżej wybycia do Albanii, tym bardziej jestem podekscytowany. Chcę, bardzo chcę. Udanie się w podróż będzie momentem kulminacyjnym w mojej karierze.
— Nie chcę. — mówi.
— Nie masz wyboru. Takie jest życie, szlamo — odpowiadam i rozkoszuję się ostatnim słowem, które uderza w nią jak grom z jasnego nieba.
— Nigdy ci nie pomogę! — krzyczy.
— Nie interesuje mnie to, czy zrobisz to dobrowolnie czy nie. Wszystkie informacje będziesz mi przekazywać sukcesywnie, stopniowo. Myślisz, że cieszę się z tego wszystkiego? Nie. Obcowanie z takimi ludźmi wzmaga moje obrzydzenie, jestem niezadowolony. Dotykanie twoich wszystkich myśli nie zachęca mnie do dalszej penetracji twojego umysłu. Wiesz dlaczego?
— Nie wiem. Zostaw mnie, zostaw moją rodzinę, przyjaciół. Daj mi żyć.
— Niestety, życie nie jest takie proste. Wspomniałem ci już o tym. Gdyby nie twój Harry Pottter już dawno Lord Voldemort byłby na piedestale. A teraz? Nie żyję. Przeżyło tylko moje istnienie, które pojawiło się w tych czasach. Dzięki temu nie umrę już nigdy. Pokonam dziecko, które odebrało chwałę i zaszczyty dla tak wielkiego czarodzieja, którym się stałem. Ty nie masz nic do powiedzenia. Zatańczysz tak, jak ci zagram. Jesteś tylko marionetką w tym przedstawieniu, to ja tutaj pociągam za sznurki.
Widzę jak łzy płynął po jej policzkach. Sama nie wie co ze sobą robić, co czynić. Jest w potrzasku. Zaufała nieodpowiedniej osobie i teraz ponosi karę za swoją naiwność. Nie ma litości, nie ma współczucia, jest tylko władza i potęga, która jest moją siłą napędową.
— Już niedługo zakończy się twoje życie, a moja wielka moc stanie na przeznaczonym dla niej miejscu. Nic nie stanie mi na przeszkodzie. Nie ważne kto mi się postawi, zginie w męczarniach. Jeśli moje słowa się nie sprawdzą, wtedy będę gnił w ziemi razem z poległymi.
Odwracam się napięcie. Nie dam rady, wyprowadzenie jej z celi graniczy z cudem. Powiem Malfoyowi, niech on to zrobi. Wchodzę po schodach na samą górę. W holu patrzę w sufit, który dzisiaj nabrał dla mnie żywych kolorów.
(***)
Spoglądam na twarze zgromadzonych ludzi. Dzisiaj wyruszam w nieznane, gdzie żar z nieba płynie nieustannie, gdzie lasy płaczą co dzień, gdzie poznanie jest kluczem do sukcesu. Idę tam, aby osiągnąć coś, co zapisane jest mi w gwiazdach. Patrzę, gdy ostatnia marionetka wchodzi na scenę. Hermiona Granger szczuta przez jednego z młodych śmierciożerców upada na kolana. Jej suche wargi układają się w niemy przekaz. Próbuje znaleźć pomoc, tutaj, w siedlisku zła, gdzie dobro nie ma żadnej wartości. Nie chcę, po raz kolejny, pozbawiać ją złudzeń. Przecież nie czeka jej tu nic, co warte jest wspomnień, zachodu. Doświadcza tutaj tylko cierpienia i to będzie ciągnęło się do końca jej dni. Zapewne umierać będzie tygodniami, wijąc się w agonii, która czeka na jej marne ciało. Tak, tak właśnie będzie traktowana.
— Wszystko przygotowane — szepczę Teodor Nott za moimi plecami.
Kiwam głową. Potwierdzam tylko stan gotowości. Jestem tutaj, aby działać i właśnie podejmuję ryzyko tej niebezpiecznej zabawy.
— Doskonale.
Podchodzę do dziewczyny. Wszystkie rzeczy mam już ze sobą. Brakuje mi tylko tej młodej kobiety, która rozstrzyga moje być albo nie być. Staję naprzeciwko mojej ofiary, patrzę w jej przerażone źrenice.
— Idziemy, szlamo — mówię tak cicho, aby tylko ona mogła mnie usłyszeć.
Nie może kiwnąć głową, uczynić czegokolwiek bez mojej zgody.
— Imperio!
Strumień jasnego światła godzi w jej ramię. Wygląda jak ptak, który spada na ziemię, ona jednak nie umiera. Jej zostaje jeszcze wiele chwil, które spędzi ze mną, sam na sam. Nie mogę dłużej czekać. Chwytam ją za bluzkę i przyciągam do siebie.
— Liczę na was.
Okręcam się wokół własnej osi. Znika grunt spod moich nóg, znika Malfoy Manor. Powoli oddalają się twarze wszystkich zgromadzonych. Nie widzę już Narcyzy ani Lucjusza, nie widać również ich syna – Draco. Nottowie, Goylowie i inni również odchodzą w zapomnienie. Na moich policzkach pojawiają się rumieńce. Zapominam na chwilę o obecności Granger. Jestem tu z własnej, nieprzymuszonej woli. Jestem tu po to, by zwyciężyć, inaczej nie nazywam się Tom Marvolo Riddle. Nienawiść do tego imienia i nazwiska sprawia, że czuję w sobie coraz to większe pokłady mocy. Mój szlamowaty ojciec jednak się do czegoś przydaje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Informacje

Opowiadanie „Zmienię czas, by z tobą być” zostało zakończone.
Rozdziały 1-8 zbetowała Raving. Rozdziały kolejne w trakcie korekty Aleksa.
Szablon wykonała Kamana.


